Zaczęliśmy dzień od wycieczki do Świeradowa.
Z tego co nam wiadomo (a z powodu słabego samopoczucia nawet nie chce mi się
tego googlować) to jedyny wyciąg gondolowy w PL. Dla mnie miód-malina. Piękna
pogoda. Słoneczko świeciło - stąd krzywe miny na zdjęciach :-) Wiatru nie było.
F. zadowolony bo gondola to w końcu inny rodzaj TUTU (dla
niewtajemniczonych to pociąg, tramwaj, trąbka i słoń). Co prawda F. był bardzo
skołowany i cały stok słyszał rozpaczliwe TATA, gdy B. zjechał na nartach w dół
i zniknął z jego pola widzenia ale ogólnie wycieczka się udała.
Oczko?
YO YO. Peace (albo królik)
Potem z F. wróciliśmy na spanie do domu. B
przysyła sms, że Krzaczek wylądował na sośnie i na dziś pasuje. Nic poważnego jak się okazało.
Trafił swój na swego jak to B skwitował :-) W drodze powrotnej Krzaczek wybrał
na ochotnika Królika do stania w kolejce do "rzekomo" najlepszej
knajpy w mieście. Akurat dojechaliśmy z Frankiem spacerkiem w wózku i stolik
był nasz. Zamówiliśmy dania i w oczekiwaniu B i F zaczęli zwiedzać lokal.
Jestem ogólnie krytykowana przez mojego męża za to, że wszystkich bronię i
usprawiedliwiam, ale to co nas tam spotkało wkurzyło nawet mnie. Na ladzie
znajdowało się autko. Takie fajne, naciągane. Raz jechało po stole do wujka,
raz do mamy, raz do F. F się chichrał i było fajnie. Gdy nagle podleciała jakaś
baba z obsługi i wrzasnęła na nas, wyrywając F autko z rąk fuknęła, że to jest przecież
dekoracja. No jeszcze gdybyśmy tym autem w jakimś sosie jeździli, czy by nam
spadło to jeszcze może bym to zrozumiała. Ale tak czy siak tak niegrzecznej i
nietaktownej osoby nigdy osobiście nie spotkałam. Franek patrzył zadziwiony i
akurat jak by się przydało to się nie rozpłakał. Ogólnie miałam ochotę wstać i wyjść, ale byliśmy w towarzystwie, a Filip naczekał się w kolejce. Myślę: Dobra. poczekamy zobaczymy. Chwilę potem zaczął bawić się
koszyczkiem z przyprawami na stole i B. zażartował, że ma przestać bo to pewnie
też dekoracja ;) No może jeszcze Krzaczek coś dodał, a Filip
też coś napomknął ale bynajmniej nie ostentacyjnie. Jednak owa pani chyba usłyszała komentarz B i na
całą restaurację zapytała dlaczego B jest taki złośliwy. Jak śmiemy przychodzić
do jej lokalu, gdzie są jej rzeczy i mamy czelność je dotykać. Błażej na to, że może sztućców
też nie mamy dotykać i że właśnie żałujemy, że nie poszliśmy do miejsca na
przeciwko. Udało mi się wtrącić swoje zdanie, że zwrócenie uwagi, że nie mamy
się bawić jej dekoracjami można było zrobić w miły sposób a nie wyrywając
dziecku zabawki z ręki. On głucha jak pień i swoje, że co z nas za ludzie.
Dotykamy nieswoje rzeczy i że lepiej jak pójdziemy do tej innej knajpy. Z RADOŚCIĄ
pomyślałam. W ogóle nie było mi głupio. Jej powinno być. Byłam tylko rozgoryczona faktem, że my
potrafiliśmy obiektywnie stwierdzić, że zabawa dekoracją może nie być OK, ale
ona nie widziała kompletnie nic złego w swoim zachowaniu. Nawet jeśli
popełniliśmy jakieś restauracyjne faux pas (a restauracja to określenie bardzo
na wyrost wobec tego miejsca) to nic w moich oczach nie usprawiedliwia zachowania
pomiatającego ludźmi.
Poszliśmy więc do mojego ulubionego lokalu.
Po chwili przytuptali chłopacy -K&K - pani do nich przyszła i zapytała
tonem wypraszającym: "A panowie zostają?" Lepiej było iść bo jeszcze nie wiadomo
co by znaleźli w swoich daniach. Koniec końców zjedliśmy genialne dania. Franek
się wybawił zabawkami przeznaczonymi do zabawy.
Muszę też pochwalić naszych towarzyszy. W czasie całej wyciecz ki K&K byli bardzo elastyczni i wszytsko im pasowało. Przynajmniej nie dali nic po sobie poznać :)Franek ma fajnych wujków :)
Te dwa zdjęcia F z minami to ja poproszę do ramki. Cudne!
OdpowiedzUsuńCzekamy już z utęsknieniem.
Zaraz tam do ramki! Plakat Ci wydrukuję albo fototapetę!
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńczuję się zdradzona przez SOSNĘ..:D widocznie ta Pani chciała mieć muzeum a nie restaurtację:D Przynajmniej teraz wiadomo, gdzie nie spożywać posiłku..:D /Magda
OdpowiedzUsuń