piątek, 21 czerwca 2013
środa, 19 czerwca 2013
Rewal i okolice latem
W tym roku nasze wycieczki ograniczają się do wykorzystywania gościnności wujków, cioć czy to innych członków rodziny. Tak więc, znów zawędrowaliśmy do Rewala. Póki co, nie ma jeszcze tłumów wczasowiczów i jest na prawdę miło. Na odpoczynek w sam raz.
Ponieważ B. miał tutaj do wykonania kilka prac instalacyjno-elektronicznych, a zabrakło mu kilku części, to w związku z tym, udaliśmy się do pobliskiego marketu budowlanego. Tam udało nam się zakupić tylko (a może aż) żarówkę. Wujek Google dostarczył nam informacji, że najbliższy sklep z częściami do alarmów i punkt dorabiania kluczy jest w Trzebiatowie - zaledwie 18 km. Droga okazała się całkiem malownicza, a słońce nawet w dobrym położeniu, co sprzyjało wykonaniu kilku fotografii pamiątkowych. W Trzebiatowie łatwo odnaleźliśmy punkt dorabiania kluczy, w którym niestety Pan nie miał odpowiedniego surowca, a zdobyć go mógł dopiero na przyszły tydzień. Zapytawszy o inny punkt wysłał nas na tamtejszy rynek, jednak jego mina i głos sugerowały, że raczej tam też nam się nie poszczęści.
Drugi punkt wyglądał wypisz wymaluj jak w Indiach. Były to drzwi, z wrąbaną dziurą na kształt okienka, za którą znajdował się lokal o wielkości 2x2. Co ciekawe zmieściło się w nim aż trzech fachowców, którzy komisyjnie, po dokładnych oględzinach kluczy, stwierdzili, że jednak nie mają surowca. W sumie nic dziwnego, na ścianie wisiało może z sześć typów, wśród których surowca na ten bardzo "skomplikowany" klucz do kłódki niestety zabrakło. Resztę klitki zajmowały stare buty, paski i inne niezidentyfikowane klunkry. Smród butaprenu i innych chemikaliów maskowała chmura dymu wydobywająca się z papierosów majstrów. Szczerze żałuje, że nie dało się zrobić zdjęcia tego miejsca, które jest nie do opisania.
Kawałek dalej dotarliśmy do sklepu z częściami do monitoringów i alarmów. B. ucieszyły gabloty pełne potrzebnego mu sprzętu. Jednak właściciel nie raczył nam niczego sprzedać, bo sprzęt, który tam posiadał "sprzedaje tylko wraz z usługą jego montażu". Także niedowierzaniem wracaliśmy do auta przekonani, że nic nam się nie uda załatwić tego dnia. A tu niespodzianka. Po drodze natrafiliśmy na sklep ze świeżymi rybami i zakupiliśmy potężne filety z dorsza. Wcześniej na przystani rybackiej w Rewalu na pytanie czy są świeże ryby, usłyszeliśmy:
- świeże ryby przywożą o 7 rano.
- a jakie to ryby? - spytałam
- flądry, czasem turbot - odpowiedział pan
Na to zapytałam:
- a dorsze czasem są?
- dorsze? - chwilę się zastanowił - po dorsza to jak już jest to trzeba przyjść o 6.
Dla dobrej ryby pobudka o 6 rano byłaby niedużym poświęceniem, ale dla MOŻE dorsza to już gorzej. Tak więc pojechaliśmy do Niechorza. Tam, o dziwo akurat była świeża dostawa z kutra, ale samych fląder, a my liczyliśmy jednak na dorsza. Także wycieczka do Trzebiatowa nie okazała się totalnym fiaskiem, wróciliśmy z rybą na obiad. Gdy ja smażyłam obiad to B. zamówił na allegro potrzebne części, które jutro, może pojutrze dotrą kurierem. Także, tak jak wcześniej pisałam w Rewalu wypoczynek jest bardzo przyjemny, ale żeby coś tutaj załatwić trzeba się nieźle nalatać.
I tak oto minęło pół dnia. Drugie pół spędziliśmy na plaży.
Podziemny parking dla leniwych - nie trzeba zamykać dachu.
Plażowanie:
Twórczy nieład.
Flądry w Niechorzu
W drodze do Trzebiatowa:
A wieczorową porą...
Pomnik Małego Księcia - niestety, ktoś z...... Różę - Polska!!!
Kto ładniej:
My czy...
...Romeo i Julia??
Ponieważ B. miał tutaj do wykonania kilka prac instalacyjno-elektronicznych, a zabrakło mu kilku części, to w związku z tym, udaliśmy się do pobliskiego marketu budowlanego. Tam udało nam się zakupić tylko (a może aż) żarówkę. Wujek Google dostarczył nam informacji, że najbliższy sklep z częściami do alarmów i punkt dorabiania kluczy jest w Trzebiatowie - zaledwie 18 km. Droga okazała się całkiem malownicza, a słońce nawet w dobrym położeniu, co sprzyjało wykonaniu kilku fotografii pamiątkowych. W Trzebiatowie łatwo odnaleźliśmy punkt dorabiania kluczy, w którym niestety Pan nie miał odpowiedniego surowca, a zdobyć go mógł dopiero na przyszły tydzień. Zapytawszy o inny punkt wysłał nas na tamtejszy rynek, jednak jego mina i głos sugerowały, że raczej tam też nam się nie poszczęści.
Drugi punkt wyglądał wypisz wymaluj jak w Indiach. Były to drzwi, z wrąbaną dziurą na kształt okienka, za którą znajdował się lokal o wielkości 2x2. Co ciekawe zmieściło się w nim aż trzech fachowców, którzy komisyjnie, po dokładnych oględzinach kluczy, stwierdzili, że jednak nie mają surowca. W sumie nic dziwnego, na ścianie wisiało może z sześć typów, wśród których surowca na ten bardzo "skomplikowany" klucz do kłódki niestety zabrakło. Resztę klitki zajmowały stare buty, paski i inne niezidentyfikowane klunkry. Smród butaprenu i innych chemikaliów maskowała chmura dymu wydobywająca się z papierosów majstrów. Szczerze żałuje, że nie dało się zrobić zdjęcia tego miejsca, które jest nie do opisania.
Kawałek dalej dotarliśmy do sklepu z częściami do monitoringów i alarmów. B. ucieszyły gabloty pełne potrzebnego mu sprzętu. Jednak właściciel nie raczył nam niczego sprzedać, bo sprzęt, który tam posiadał "sprzedaje tylko wraz z usługą jego montażu". Także niedowierzaniem wracaliśmy do auta przekonani, że nic nam się nie uda załatwić tego dnia. A tu niespodzianka. Po drodze natrafiliśmy na sklep ze świeżymi rybami i zakupiliśmy potężne filety z dorsza. Wcześniej na przystani rybackiej w Rewalu na pytanie czy są świeże ryby, usłyszeliśmy:
- świeże ryby przywożą o 7 rano.
- a jakie to ryby? - spytałam
- flądry, czasem turbot - odpowiedział pan
Na to zapytałam:
- a dorsze czasem są?
- dorsze? - chwilę się zastanowił - po dorsza to jak już jest to trzeba przyjść o 6.
Dla dobrej ryby pobudka o 6 rano byłaby niedużym poświęceniem, ale dla MOŻE dorsza to już gorzej. Tak więc pojechaliśmy do Niechorza. Tam, o dziwo akurat była świeża dostawa z kutra, ale samych fląder, a my liczyliśmy jednak na dorsza. Także wycieczka do Trzebiatowa nie okazała się totalnym fiaskiem, wróciliśmy z rybą na obiad. Gdy ja smażyłam obiad to B. zamówił na allegro potrzebne części, które jutro, może pojutrze dotrą kurierem. Także, tak jak wcześniej pisałam w Rewalu wypoczynek jest bardzo przyjemny, ale żeby coś tutaj załatwić trzeba się nieźle nalatać.
I tak oto minęło pół dnia. Drugie pół spędziliśmy na plaży.
Podziemny parking dla leniwych - nie trzeba zamykać dachu.
Plażowanie:
Twórczy nieład.
Flądry w Niechorzu
W drodze do Trzebiatowa:
A wieczorową porą...
Pomnik Małego Księcia - niestety, ktoś z...... Różę - Polska!!!
Kto ładniej:
My czy...
...Romeo i Julia??
środa, 29 maja 2013
Gleźnówko – wspomnienia
Zazwyczaj nie jestem fanką wracania w te same miejsca. Wolę z każdą wyprawą zobaczyć i poznać coś nowego. Są jednak pewne wyjątki od reguły, a mianowicie dwa miejsca: Berlin i Gleźnówko.
Gleźnówko to mała wioska położona około 8 km od Dąbków. Niby nad morzem, ale jednak żeby zobaczyć wielką wodę trzeba jechać 10 min autem. I bardzo dobrze. Mieszkając w domu mojej cioci, z dala od polskich nadmorskich „kolorowych” promenad pełnych ludzi, można się zrelaksować, odpocząć i poczuć jak na wsi. Piękny ogródek, w sezonie porośnięty przeróżnymi jadalnymi wytworami natury, wyposażony jest we wszystkie niezbędne akcesoria, takie jak grill, palenisko do ogniska, a nawet wędzarnia. W domu też niczego nie brakuje, jest dosłownie każdy sprzęt kuchenny, o którym można by zamarzyć. Naprawdę każdy! Ponadto, w okolicy można spotkać cały folwark zwierzęcy i inne malownicze widoczki.
Oto podsumowanie naszych 3 pobytów:
2011
Pobliski zwierzyniec:
Juhuuu
Aromatyczne zioła i przyprawy:
2012

Idealne miejsce na ćwiczenie jogi:
i biesiadowanie:


Sąsiedzi, których słychać od samego rana:
i okolice:
Darłowo - z takiego kutra można kupić świeżą rybę
Jakieś pola, gdzieś tam:
i bałtyckie plaże:




2013
"Brand New" wczasowicz:





Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































































