Być na Teneryfie i nie zobaczyć wulkanu nie przystoi. W końcu jest to najwyższy szczyt Hiszpanii. Autem dojeżdża się do 2500 m.n.p.m., czyli tyle co Rysy. Krajobraz po drodze wygląda jak na jakiejś odludnej planecie. Potem kolejką linową na górę, na prawie 4 000 metrów. Gdyby tak się dało na Mount Everest podjechać połowę drogi :) Żeby dojść do krateru trzeba mieć specjalne pozwolenie, którego nie załatwialiśmy, bo sądziliśmy, że o tej porze roku będzie tam śnieg i z Frankiem nie damy rady. Okazało się, że pogoda całkiem znośna, a śniegu brak. Samemu bez problemu byśmy tam dotarli. Zdziwiło nas, że nasze organizmy odczuły tę wysokość. Powietrze jakieś oszukane było, rozrzedzili i trudno się oddychało. Franek w jedną stronę szlaku widokowego ochoczo tuptał, ale w drodze powrotnej już u mamy na APA. Nie podobało mu się zbytnio i marudził. Nie dziwię mu się, powietrze przyprawiało o lekki zawrót głowy. To już przedostatnia atrakcja, którą zaplanowaliśmy. W piątek czeka nas jeszcze wizyta w Loro Parku. Resztę czasu plażujemy. Znaleźliśmy blisko plażę na której campinguja hippisi. Fajny klimat. Zdjęcia dodamy jak się będzie dało. Narazie blogger nam bardzo to utrudnia.
czwartek, 28 stycznia 2016
niedziela, 24 stycznia 2016
sobota, 23 stycznia 2016
Monkey Park * Los Gigantes * Masca
No i już wszystko jasne. Franek
nie jest człowiekiem. Jest robotem i działa na baterie słoneczne. Odkąd tu
jesteśmy cały czas wyświetla 100% i nie staje w miejscu. Ciekawe tylko skąd my
mamy brać energię?
Wczoraj od rana wybraliśmy się do
Monkey Parku. Trochę tam jak w zoo. Zwierzęta w klatkach, ale dodatkowym
bonusem jest to, że do niektórych można wejść do środka. Pewnie gdyby to był
Lion Park, to ta opcja nie wchodziła by w grę. Franek ma ostatnio fazę pytania
o wszystko: Małpa lubi babkę? Małpa lubi frytki? itd. itp. Zaczęliśmy od
wejścia do klatki z arami i całą armią świnek morskich. Jak w Ptakach Hitchcocka
tylko wszędzie świnki morskie. W następnej nad głowami skakały nam lemury,
które swoimi miękkimi łapkami delikatnie brały od nas kawałki ogórka i jabłka.
Przy murze stał głaz, który jak się okazało był wielkim żółwiem. B. wspinając
się na murek, żeby uchwycić moment karmienia lemurów wszedł między rodzinkę
wielkich jaszczurów i miał szczęście, że go nie pogoniły. Reszta parku składała
się głównie z ogrodzonych wybiegów dla małp. Pełen zachwyt i zarazem smutek
poczułam przy szympansach. Jeden z nich podszedł do ogrodzenia i przez kraty
wyciągnął do mnie rękę. No może nie do mnie, tylko po jedzenie. Ale i tak możliwość
uściśnięcia dłoni szympansa, karmienia go i spędzenia z nim trochę czasu był
jedną z najwspanialszych chwil mojego życia. Smutno jednak mi się zrobiło. Tak
blisko takiej małpie do człowieka więc można sobie tylko wyobrazić jak się
czuje zamknięta w tych czterech
ścianach.
Dziś pojechaliśmy na "punkto
widoko", żeby zobaczyć Los Gigantes - wielki klify. Potem odwiedziliśmy górskie
miasteczko Masca. Widoki urokliwe. Nie chcę wyjść na marudę ani chwalipiętę,
ale dla kogoś kto widział Seven Sisters w Anglii i pochodził po uliczkach
majorkańskiej Dei, czy Valdemosy widoki te nie będą niczym więcej niż tylko miłym
tłem jeszcze milszych wakacji. innymi słowy, bardzo przyjemnie, ale SZAŁU nie
było. Potem obiad i na naszą ulubiona plaże surferów w Las Americas, gdzie zachwycające
fale oceanu przypominają małe tsunami tworząc orzeźwiającą mgiełkę. Zdjęcia w późniejszym
terminie. Nie zapomnijcie sprawdzać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































