niedziela, 24 stycznia 2016
sobota, 23 stycznia 2016
Monkey Park * Los Gigantes * Masca
No i już wszystko jasne. Franek
nie jest człowiekiem. Jest robotem i działa na baterie słoneczne. Odkąd tu
jesteśmy cały czas wyświetla 100% i nie staje w miejscu. Ciekawe tylko skąd my
mamy brać energię?
Wczoraj od rana wybraliśmy się do
Monkey Parku. Trochę tam jak w zoo. Zwierzęta w klatkach, ale dodatkowym
bonusem jest to, że do niektórych można wejść do środka. Pewnie gdyby to był
Lion Park, to ta opcja nie wchodziła by w grę. Franek ma ostatnio fazę pytania
o wszystko: Małpa lubi babkę? Małpa lubi frytki? itd. itp. Zaczęliśmy od
wejścia do klatki z arami i całą armią świnek morskich. Jak w Ptakach Hitchcocka
tylko wszędzie świnki morskie. W następnej nad głowami skakały nam lemury,
które swoimi miękkimi łapkami delikatnie brały od nas kawałki ogórka i jabłka.
Przy murze stał głaz, który jak się okazało był wielkim żółwiem. B. wspinając
się na murek, żeby uchwycić moment karmienia lemurów wszedł między rodzinkę
wielkich jaszczurów i miał szczęście, że go nie pogoniły. Reszta parku składała
się głównie z ogrodzonych wybiegów dla małp. Pełen zachwyt i zarazem smutek
poczułam przy szympansach. Jeden z nich podszedł do ogrodzenia i przez kraty
wyciągnął do mnie rękę. No może nie do mnie, tylko po jedzenie. Ale i tak możliwość
uściśnięcia dłoni szympansa, karmienia go i spędzenia z nim trochę czasu był
jedną z najwspanialszych chwil mojego życia. Smutno jednak mi się zrobiło. Tak
blisko takiej małpie do człowieka więc można sobie tylko wyobrazić jak się
czuje zamknięta w tych czterech
ścianach.
Dziś pojechaliśmy na "punkto
widoko", żeby zobaczyć Los Gigantes - wielki klify. Potem odwiedziliśmy górskie
miasteczko Masca. Widoki urokliwe. Nie chcę wyjść na marudę ani chwalipiętę,
ale dla kogoś kto widział Seven Sisters w Anglii i pochodził po uliczkach
majorkańskiej Dei, czy Valdemosy widoki te nie będą niczym więcej niż tylko miłym
tłem jeszcze milszych wakacji. innymi słowy, bardzo przyjemnie, ale SZAŁU nie
było. Potem obiad i na naszą ulubiona plaże surferów w Las Americas, gdzie zachwycające
fale oceanu przypominają małe tsunami tworząc orzeźwiającą mgiełkę. Zdjęcia w późniejszym
terminie. Nie zapomnijcie sprawdzać.
czwartek, 21 stycznia 2016
środa, 20 stycznia 2016
Na Teneryfę
Ola! Pozdrawiamy z Teneryfy! Już
po 14 godzinach podróży jesteśmy szczęśliwi, że po półtora rocznej przerwie
znów udało nam się ruszyć w świat. Siedzimy na balkonie i jest cieplej jak u
nas w sierpniu. Podróż, choć była męcząca, odbyła się bez problemów. Najpierw
autem przez śnieg i mróz jechaliśmy 300km do Berlina. Potem z parkingu z 3
walizkami, 3 torbami i jednym 2,5 latkiem szliśmy pół kilometra na lotnisko, co
było nawet trudniejsze niż poprzednie 300. Następnie małe 6 godzin w samolocie,
w dużej stalowej rurze ze skrzydłami. Impresje Franka z lotu: skrzydła mają
zęby, jest hałas, że chce sikać za okno do wody, i że chmury wyglądają jak
plaża. Przy czym po wylądowaniu oznajmił na cały samolot, że on tupu tup bo
miasto jest nasze. A po tym jak ludzie zaczęli klaskać to zapytał czy tu gdzieś
małpa skacze. Jak już udało nam się wyjść z samolotu i wsiedliśmy do autobusu,
który miał nas zabrać na terminal to zapytał, czy nie potrzebujemy biletu. Na
parkingu nie mogliśmy znaleźć stanowiska z autem, a jak już się odnaleźliśmy to
okazało się, że fotelik samochodowy nie jest przypięty i właściwie nikt nie wie
jak to zrobić. Hiszpanie poszli po inny, który potencjalnie potrafili
zamontować, ale jednak okazało się, że sami jutro będziemy musieli się za to
zabrać, bo prawie w ogóle się nie trzyma siedzenia. Międzyczasie Franek usiadł
za kierownicą i zapytał czy może zatrąbić. Po odmowie nacisnął każdy możliwy
przycisk i pokręcił każdym możliwym pokrętłem, po czym stwierdził, że auto jest
dobre. Skoro nie odpadło to znaczy, ze dobre. Ani przez moment nie byliśmy
straciliśmy cierpliwości. Nawet jak Hiszpan, który miał nam dać opłacony bilet
parkingowy odjechał w siną dal. A to wszystko przez ten cudny klimat.
Kanaryjskie wulkany powyżej chmur.
A oto co się okazało po
wypakowaniu walizek...same zabawki. Jedyną niepotrzebną rzeczą, którą
zabraliśmy jest termofor...
P.S. Jest już kolejny dzień. Było
plażowanie i smażone świeże sardynki na obiad. Mniam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























































